Fasola, relatywizm i sumienie

Szkolna fasola. Powszechne doświadczenie uczniowskie. Ziarenka, woda, słoik, gaza i czekanie. Kiełki i listki. Zielona roślinka. Pani i ocena. Zadanie wykonane. Pamiętacie? Lekcja życia przy okazji. Kto w drobnych sprawach jest wierny, może pozostać wierny i w wielkich.

Fasola

Szkolne zadanie

Czwarta klasa, może wcześniej, może nieco później. Lekcja przyrody (kiedyś biologia). Fasola. Zadanie. Trzeba wyhodować roślinkę fasoli z ziarenka.

Woda, słoik, gaza i kilka ziarenek. Kilka bo szanse trzeba zwiększyć. Potem czas i słońce, słońce i czas. Po tygodniu, może troszkę więcej są pierwsze kiełki, potem zielone łodygi i listki.

Udało się. Teraz podpisać słoik, zapakować i dostarczyć do szkoły. Postawić pani na biurku i zakończyć sprawę.

Historia prawdziwa jednej fasoli

Wszystko dokładnie tak jak napisałem. Tak właśnie się potoczyło. Za wyjątkiem ostatniego zdania.

Moja najstarsza córka (fantastyczna dziewczyna :) ) wzięła swoją zapakowaną, wyhodowaną, wychuchaną dorodną fasolę. Rzecz jasna podpisaną.

Nuda, ale nie do końca. Jaga miała wtedy zaplanowany występ na przeglądzie piosenki. Dokładnie w ten dzień. Dziewczyna całkiem rozsądnie poprosiła swoje klasowe koleżanki o dostarczenie roślinki na biurko pani od przyrody. Sama wraz z reprezentacją szkoły zameldowała się na przeglądzie.

Jednak pani od przyrody okazała się bardziej zasadnicza niż jeszcze nie tak dawno obowiązkowa służba wojskowa.
– Ma przynieść osobiście, nie przyjmuje od innych – rzekła stanowczym głosem do uczynnych koleżanek.
Cóż było począć. Fasolka wylądowała na portierni (chyba – tutaj są pewne nieścisłości). Będzie kolejny dzień, Jaga załatwi sprawę.

Zaginiony w akcji

Niestety Jaga nie załatwi. Fasolka zginęła. Nie ma jej. Zniknęła. Podpis jej nie obronił. Podpis solidnie wykonany permanentnym markerem.

Nie ma fasoli, nie ma zaliczonego zadania. Klops. A może fasolka po bretońsku. Smutek bo to trzy plusy. Trzy plusy, a dokładnie tyle brakuje do szóstki. Tak potrzebnej pod koniec roku.

Nie ma to jak udzielać się reprezentując swoją szkołę i jeszcze oberwać od tych bardziej zasadniczych.

Podejście numer dwa

Smutek smutkiem, ale działać trzeba. Kolejne podejście do hodowli. Kolejne trzy ziarenka fasolowe lądują na gazie nad wodą. Tylko czy wystarczy czasu… jest zaledwie kilka dni. Wszystko wskazuje na to, że roślina nie zdąży się rozwinąć. Marna pogoda. Nie zdążyła.

Wieczór przed. Fasolki kiełkują, zielonego nie widać jeszcze, liście będą za 4 dni i pewnie nie wcześniej.

Porażka. I gdzie tutaj sprawiedliwość? Na drugim świecie…

Wspaniała nauka dla ambitnej jednostki. Wspaniała, inspirująca i zachęcająca do wysiłku.

Okazja

Jakby na przekór pojawiła się okazja do bezbolesnego rozwiązania problemu hodowlanego. Narada rodzinna. Jest pomysł, przecież jedna z koleżanek ma swoją fasolkę. Zostawiła po weryfikacji przez panią zasadniczą.

Gdzie jest moja komórka.

Dwa telefony i wszystko jasne. Mamy wyjście. Fasolka Oli jutro rano zostanie odpowiednio podpisana i dostarczona pod szkołę. Tylko zanieść do pani zas… i już. Po sprawie. Hurra, łatwo poszło. Za łatwo.

Moje dziecko jest lepsze ode mnie

Pora spać. Rano uporamy się z domknięciem projektu hodowlanego. Do łazienki, ząbki i takie tam i do łóżka. Niepodziewanie….
– Mamo, tato ja tak nie chcę. To jest nie w porządku. Nie chcę i koniec. Wolę stracić moją szóstkę. Trudno.
Ja na żonę, żona na mnie. Od razu:
– Jagoda, nie, wszystko jest ok. Przecież to nie Twoja wina, że ktoś zagubił Twoją. Nie Twoja wina, że pani taka zasadnicza…. – zareagowaliśmy zgodnie i prawie jednocześnie – idź spać.

I niby wszystko ok.

Poranek jak co dzień. 6.15 dzwoni budzik. Krzątanina, ubieranie, śniadanie, czesanie (dziewczyny… ech), wyjście, wyjazd.

– Asia, to co będziesz z tą fasolką? – upewniam się podczas rozmowy telefonicznej
– Tak, oczywiście – i natychmiastowa odpowiedź.

Po chwili słyszę obok cichy, ale stanowczy ton:
– Tato, ja tak nie chcę. Myślałam o tym i nie chcę. To jest oszustwo. Proszę odwołaj. Jak pani zezwoli to zawiozę jutro taką jaka mi wyrośnie. Jak nie to trudno.

Jak nie to trudno… Ja ucichłem. Ucichłem w środku. Uparła się no…

Po kolejnej chwili pomyślałem:
– Boże, dzięki Ci za takie wspaniałe dziecko.

Nie ma tutaj miejsca na relatywizm i uświęcanie środków. To takie oczywiste dla dziecka. Takie łatwe do zgubienia dla dorosłego. Tak łatwo grzebiemy własne ideały i ważności. Bo cel tego wymaga. Oby zawsze tak umiała. Kochana dziewczyna.

Dzięki Jaga. Jestem z Ciebie dumny (a może kiedyś to przeczytasz :) ).

Kto w drobnych sprawach jest wierny, może pozostać wierny i w wielkich.

Zdjęcie: flickr.com/photos/nsalt/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>